Doktor

Zacznę od tego, że mam nadzieję, że gdzieś tam we Wszechświecie, być może w rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści, hasa sobie postać ostat­niego przed­sta­wi­ciela rasy Władców Czasu — fikoła zwa­nego Doktorem. Tak czy ina­czej, jestem teraz przy­go­to­wany na ewen­tu­al­ność poja­wie­nia się w mojej oko­licy nie­bie­skiej budki poli­cyj­nej, nawet jeśli takie przy­gody przy­tra­fiają się głów­nie wyspiarzom.

„Doctor Who” to serial fantastyczno-naukowy wypro­du­ko­wany przez BBC i jest podobno naj­dłu­żej emi­to­wa­nym seria­lem sci-fi w histo­rii. Opowiada o przy­go­dach kosmity, tytu­ło­wego Doktora.  Doktor podró­żuje w cza­sie i prze­strzeni w swoim statku o nazwie Tardis, który na sku­tek awa­rii sys­temu masku­ją­cego wygląda jak budka poli­cyjna uży­wana w poło­wie minio­nego stu­le­cia w Wielkiej Brytanii.  Z reguły towa­rzy­szą mu też atrak­cyjne Ziemianki. Razem stają naprze­ciw wszel­kiej maści kosmi­tów, potwo­rów itp. oraz co chwilę ratują Londyn, Ziemię a nie­jed­no­krot­nie cały Wszechświat. To tyle odno­śnie fabuły w bar­dzo dużym skró­cie. Gdybym chciał napi­sać coś wię­cej na temat wąt­ków poja­wia­ją­cych się cho­ciażby w pierw­szym sezo­nie, to zro­biłby się z tego przy­długi wpis na pier­dy­lion znaków.

Do serialu o Doktorze pod­cho­dzi­łem kil­ku­krot­nie. Za pierw­szym razem było to w 2005 roku, gdy star­to­wał począt­kowy sezon reani­mo­wa­nej po latach kul­to­wej serii, któ­rej pierw­sze odcinki powstały jesz­cze w latach 60’tych. Niestety, nie byłem wtedy jesz­cze gotowy — odstra­szyły mnie kwa­śne efekty CGI. Musiało minąć kolej­nych 8 lat zanim ponow­nie doszło do mojego spo­tka­nia z Doktorem. Tym razem padło na odci­nek z naj­now­szej serii, nosił on nazwę „Asylum of the Daleks” a na ekra­nie obser­wo­wa­łem głów­nych boha­te­rów śmier­tel­nie prze­ra­żo­nych przez prze­ro­śnięte tostery, uży­wa­jące prze­py­cha­czy do kibla jako chwy­ta­ków i masa­kru­jące uszy chra­pli­wym okrzy­kiem „Exterminate!”. „Retrofuturyzm na maksa” — pomy­śla­łem sobie i wie­dzia­łem, że pomimo komicz­nego wyglądu, coś w tym musi być i po pro­stu jesz­cze nie ogar­niam tego lore. Minęło kilka mie­sięcy i gdy poja­wił się odci­nek jubi­le­uszowy na 50’lecie serialu, w któ­rym zagrał sam John Hurt, a Google mach­nęło rewe­la­cyj­nego doodla, posta­no­wi­łem pod­dać się osta­tecz­nej pró­bie i zafun­do­wać sobie kolejne podejście.

Wcześniej zro­bi­łem szyb­kie roz­po­zna­nie, gdyż jak wspo­mnia­łem serial datuje swoje początki na wcze­sne lata 60’te . Wychowały się na nim całe poko­le­nia i na stałe wpi­sał się w bry­tyj­ską popkul­turę. Z racji tego oba­wia­łem się, że by w pełni zro­zu­mieć o co w nim cho­dzi, będę musiał się­gnąć do jego począt­ków. Na szczę­ście oka­zało się, że tak naprawdę wszystko przed 2005 rokiem mogę sobie spo­koj­nie, póki co, poda­ro­wać i naj­wy­żej kie­dyś z czy­stej cie­ka­wo­ści, a także by lepiej zro­zu­mieć feno­men serialu, się­gnąć po ten old­school. W naj­now­szych sezo­nach widać wyraź­nie, że twórcy posta­wili sobie za cel zain­te­re­so­wać przy­go­dami Doktora nie tylko Brytyjczyków. Obecnie zaczy­nam oglą­dać ostatni (do tej pory) sezon siódmy i z nie­po­ko­jem zaczy­nam myśleć o byciu na bie­żąco z odcin­kami. Eh, pro­blemy pierw­szego świata.

Głównym zało­że­niem napi­sa­nia tego wpisu jest próba namó­wie­nia Was na zapo­zna­nie się z tym seria­lem, obej­rze­nie w cało­ści pierw­szego sezonu i zde­cy­do­wa­nie czy warto oglą­dać dalej. Pewnie więk­szość z Was sły­szała już wcze­śniej o „Doctor Who”. Serial staje się coraz bar­dziej popu­larny poza gra­ni­cami UK, jed­nak pomimo spo­rych zmian w opra­wie, trzyma się pew­nego wyra­zi­stego stylu. Złośliwi twier­dzą, że przy­po­mina cza­sem teatr tele­wi­zji i na pewno przez kilka pierw­szych sezo­nów można odnieść takie wra­że­nie. Dla mnie jed­nak to nie było wadą, a wręcz prze­ciw­nie. Proste efekty spe­cjalne i marne sce­no­gra­fie pierw­szych sezo­nów pozo­sta­wiają dużo do życze­nia jed­nak nie mają one zna­cze­nia, gdyż pod wzglę­dem pomy­słów, roz­wią­zań fabu­lar­nych i aktor­stwa mamy tu do czy­nie­nia z praw­dziwą perełką. Zresztą wła­śnie ta pro­stota i zwy­czaj­ność oto­cze­nia w zetknię­ciu z nie­sa­mo­wi­tymi zda­rze­niami i isto­tami, sta­nowi o wyjąt­ko­wo­ści oprawy tego serialu. Nie da się jed­nak ukryć, że pierw­szy sezon, a głów­nie jego pierw­sze odcinki, to straszny kwas. Ale wierz­cie mi, póź­niej robi się naprawdę dobrze.

Co mi się naj­bar­dziej spodo­bało w tym serialu? Zderzenie moty­wów humo­ry­stycz­nych (i nie mam tu na myśli śmiesz­nych efek­tów spe­cjal­nych) z moty­wami ocie­ka­ją­cymi wręcz epic­ko­ścią. Serial ide­al­nie bawi się kon­wen­cjami raso­wego sci-fi, kome­dii, a czę­sto także i hor­roru. Do tego towa­rzy­szy nam rewe­la­cyjna muzyka, którą prze­słu­chi­wa­łem na długo przed przy­stą­pie­niem do oglą­da­nia. Jego odmien­ność na tle innych seriali o zbli­żo­nej tema­tyce, odwaga twór­ców w poka­zy­wa­niu trud­nych tema­tów, a przede wszyst­kim nie trak­to­wa­nie widza jak idioty i zmu­sze­nie do czę­stego zasta­na­wia­nia się nad zawi­ło­ścią nie­któ­rych wątków.

Mógłbym jesz­cze sporo napi­sać o nie­sa­mo­wi­tych pomy­słach na sce­na­riu­sze poje­dyn­czych odcin­ków, a także o tym jak ide­al­nie zgry­wają się one ze sobą na prze­strzeni całych sezo­nów. O tym jak pie­czo­ło­wi­cie twórcy dbają o spój­ność świata, a prze­cież nie jest to łatwe zada­nie w serialu o podró­żach w cza­sie i wyni­ka­ją­cych z tego para­dok­sach. Na pewno wiele można mówić o prze­ciw­ni­kach Doktora, takich cho­ciażby jak kul­towe już Płaczące Anioły, które są jed­nymi z cie­kaw­szych postaci w histo­rii sf, a któ­rych powsta­nie praw­do­po­dob­nie łączy się w dużej mie­rze z ogra­ni­cze­niami budże­to­wymi serialu. No i przede wszyst­kim o samym Doktorze i jego kolej­nych rein­kar­na­cjach, któ­rych naj­pierw się nie cierpi, a póź­niej trudno się z nimi rozstawać.

Jednak naj­le­piej będzie, jeśli sami się o tym wszyst­kim prze­ko­na­cie i dacie szansę jed­nemu z faj­niej­szych seriali sf, jakie obej­rza­łem. Nie zra­żaj­cie się pier­dzą­cymi kosmi­tami z pierw­szych odcin­ków czy cza­sami zbyt nachalną pro­pa­gandą bry­tyj­skiej zaje­bi­sto­ści. Dotrwajcie do końca sezonu i wtedy podej­mij­cie decy­zję czy warto brnąć dalej. Myślę, że więk­szość z Was z chę­cią się­gnie po kolejne odcinki przy­gód Doktora Who.

Przelał na ekran monitora:

W przerwach między kolejnymi ilustracjami karmi kota i gra w Diablo.