DuckTales Remastered

ducktales remastered

Czasami lepiej jest nie wra­cać do miłych wspo­mnień, bo ich kon­fron­ta­cja z rze­czy­wi­sto­ścią może oka­zać się przykra.

Dramat

Don Rosa w swoim komik­sie poświę­co­nym Sknerusowi McKwaczowi, za który nota bene zgar­nął Nagrodę Eisnera (taki odpo­wied­nik Oscara), popeł­nił bar­dzo sym­pa­tyczną zagrywkę. Pokazał tę postać jako zaku­rzo­nego, zmę­czo­nego tru­dami awan­tur­ni­czego życia pustel­nika, który odciął się od oto­cze­nia i zamknął się w swo­jej rezy­den­cji. Jednak na sku­tek nowej, nie­spo­dzie­wa­nej przy­gody stary kaczor szybko odzy­skuje rezon i z miej­sca jest gotowy do dal­szych pod­bo­jów oraz zdo­by­wa­nia świata. Po cichu życzy­łem sobie, żeby podob­nie stało się z odświe­żoną wer­sją gro­wego wcie­le­nia kaczego uni­wer­sum, która mogłaby zwró­cić uwagę jakie­goś więk­szego bran­żo­wego gra­cza na już od dawna mar­twą fran­czyzę. Tak się nie­stety nie stało i „DuckTales Remastered” jest koron­nym przy­kła­dem na to, że nie­które gry powinny pozo­stać na cmen­ta­rzy­sku elek­tro­nicz­nej rozrywki.

Moje pióra

Rzadko chwyta mnie growa gorączka przed­pre­mie­rowa, która każe mi śledzić każdą wia­do­mość odno­śnie nad­cho­dzą­cego tytułu, łącznie z usta­wie­niem powia­do­mień na ema­ila. Jeśli do tego dodać, że wycho­wa­łem się na disney’owskim tygo­dniku od Egmontu, „Kacze opo­wie­ści” emi­to­wane bodajże na TVP1 w sobot­nie poranki oglą­da­łem obśli­niony jak pudel na widok lokówki, a pier­wo­wzór powyż­szego tytułu ogra­łem na wszyst­kie moż­liwe spo­soby na Pegazusie, to chyba można mnie uznać za fan­boja. A jeśli nawet fan­boj mówi, że kolejna inkar­na­cja jego zain­te­re­so­wa­nia jest czer­stwa niczym woj­skowy suchar, to coś musi być na rzeczy.

Historia

Wydane w 1989 roku „DuckTales” na NES obro­sło kul­tem i w swoim cza­sie tytuł ten odniósł feno­me­nalny suk­ces zosta­jąc jedną z waż­niej­szych gier tego sys­temu. Jak na plat­for­mówkę skie­ro­waną raczej do młod­szego odbiorcy (w końcu gra bazo­wała na serialu ani­mo­wa­nym Disney’a) była ona dość trudna czym zaskar­biła sobie rów­nież uzna­nie nawet nieco star­szych gra­czy. Dodatkowo gra posia­dała roz­bu­do­wany i poplą­tany układ plansz, któ­rych cza­sami nie uda­wało się zwie­dzić w cało­ści przy jed­nym prze­biegu. Jednym sło­wem — było dobrze i wiele osób spę­dziło z „DuckTales” przy­jemne chwile.

ducktales remastered

Bajkowo

Klimat gry jest rewe­la­cyjny. Widok pano­ramy Kaczogrodu zna­nego z czo­łówki serialu z prze­la­tu­ją­cym nad nim heli­kop­te­rem od razu spo­wo­do­wał u mnie uśmiech od ucha do ucha. W tle przy­grywa znany z ory­gi­nału zre­mik­so­wany szla­gier, a po roz­po­czę­ciu roz­grywki kamera robi najazd na ikonę serii — olbrzymi Skarbiec — i uka­zuje inwa­zję Braci Be. Jeżeli w tym miej­scu nie wiesz o czym piszę, to jesteś osobą, która po ten tytuł nie powinna się­gać. Niuanse fabu­larne i drobne smaczki będą dla Ciebie nie do wychwy­ce­nia, a mogą wręcz spo­wo­do­wać puka­nie się w czoło, czym tak kacz­ko­fani się nakręcają.

Niezależnie od powyż­szego przy­znaję, że przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem WayForward Studio spi­sało się na medal. Przez całą stycz­ność z ich pro­duk­cją mia­łem wra­że­nie jak­bym znowu był pacho­lę­ciem i odpa­lił kolejny odci­nek serialu. Postaci zostały żywcem prze­nie­sione ze szkla­nego ekranu, zacho­wano spe­cy­ficzny humor kre­skówki, a zwień­cze­niem całego tego wysiłku jest udział peł­nej ekipy akto­rów, któ­rzy pod­kła­dali głosy (Alan Young!) poszcze­gól­nym boha­te­rom. Po pro­stu bomba i moje speł­nie­nie marzeń.

Strona wizu­alna gry jest dość roz­bieżna. Same dwu­wy­mia­rowe sprite’y postaci zostały prze­pięk­nie odświe­żone i ich ani­ma­cja została wyko­nana z nie­zwy­kłym wyczu­ciem. Kilka przy­kła­dów — zacie­trze­wiony Sknerus pochyla się do przodu, prze­chyla cylin­der, robi groźną minę i nie­przy­jaź­nie pry­cha. Przy innej oka­zji, chcąc ude­rzyć w jakiś bar­dzo twardy przed­miot, laska boha­tera odbija się, cała postać popada w rezo­nans, łącznie z jej źreni­cami, aż z kupra lecą jej pióra. Takich detali jest całe mnó­stwo, a ich wyła­py­wa­nie spra­wia dużą frajdę i dodat­kowo buduję tę świetną atmos­ferę ani­mo­wa­nego świata.

ducktales remastered

Dlaczego jest źle

I tutaj poja­wia się pierw­szy poważny zgrzyt. Bo o ile postaci i tła zostały wyko­nane jako dwu­wy­mia­rowe, to już plan­sze zbu­do­wane są w „pła­skim” 3D. Miejscami takie zesta­wie­nie wygląda zwy­czaj­nie brzydko i mocno razi. Prym wie­dzie tutaj etap w Transylwanii, gdzie domi­nuje bura, desz­czowa kolo­ry­styka, która nie tylko odstra­sza, ale cza­sami wręcz prze­szka­dza w roz­grywce. W wer­sji z 1989 roku nie było tego pro­blemu, bo gra była pła­ska jak deska i uboga w detale, ale już w odświe­żo­nej wer­sji dodano sze­reg ozdob­ni­ków, fil­trów i detali, które potra­fią wpro­wa­dzić mocny roz­dź­więk pomię­dzy tym, jak plan­sza jest zbu­do­wana, a co widzi oko.

Prowadzi to też do kolej­nego, już poważ­niej­szego błędu, po czę­ści zwią­za­nego ze spo­so­bem budowy pozio­mów. Jednym z eta­pów jest Amazonia (swoją drogą — jedna z trud­niej­szych sek­cji w pier­wo­wzo­rze), gdzie w pew­nym momen­cie poja­wiają się prze­szkody w postaci kol­cza­stych pną­czy. Jak to w plat­for­me­rach bywa — jeśli wdep­niesz, to obry­wasz. No więc idę spo­koj­nie w ich kie­runku po kamien­nej ścieżce, żeby przy­mie­rzyć się do skoku i nagle — JEB Z KOLCA, po czym postać sta­rosz­kol­nym wzo­rem szybko miga i lekko odbija się do tyłu. Przecieram oczy ze zdu­mie­nia, przy­bli­żam głowę do moni­tora i robię dru­gie podej­ście. JEB Z KOLCA. No dobra, teraz już zro­biło się nie­przy­jem­nie. Sięgam do szu­flady, wycią­gam lupę, którą przy­bli­żam do ekranu i powoli robię kolejne podej­ście. Wyraźnie widzę, że postać nadal idzie po bez­piecz­nej ścieżce i gdy ma jesz­cze zauwa­żalną prze­strzeń pomię­dzy kamie­ni­stym szla­kiem, a ele­men­tem z pną­czy nagle, po raz ostatni, dostaje JEB Z KOLCA. Dziękuję, do widze­nia i zapra­szamy do menu wyboru pozio­mów i roz­po­czę­cia roz­grywki od nowa.

Gra w kilku miej­scach ma iry­tu­jący pro­blem z detek­cją koli­zji. Powyższy przy­kład był naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cym się w oczy, ale ten babol w róż­nej for­mie jest roz­rzu­cony po całej grze. Nie wiem na ile to wina nada­nia grze trój­wy­mia­ro­wej głębi, a na ile nie­do­pa­trze­nie pro­gra­mi­stów bądź celowe, sztuczne zawy­ża­nie poziomu trud­no­ści. Jest to jed­nak babol, który sku­tecz­nie zaczął znie­chę­cać mnie do dal­szej roz­grywki. Najlepsze jed­nak było dopiero przede mną.

Wyobraź sobie bowiem grę, w któ­rej jej pod­sta­wowy ele­ment działa zależ­nie od kaprysu kodu. Tutaj jest to atak postaci, który wyko­nuje się poprzez pod­skok, a następ­nie wdu­sze­nia kolej­nego przy­ci­sku — boha­ter odbija się wtedy na swo­jej lasce jak na drążku pogo. No więc prze­dzie­ram się przez plan­szę i docho­dzę do sek­cji, gdzie mam kilku prze­ciw­ni­ków pod rząd, tro­chę róż­nicy wyso­ko­ści i tak dalej — trzeba zacho­wać czuj­ność. Biorę roz­bieg, skok, atak, jeden drań ode­słany w zaświaty, skok i atak na kolej­nego przeciwnika…atak…no atakuj!…ATAKUJ, DO CHOLERY! Dostaję bęcki, bo postać nie reaguje na moje pole­ce­nia. Zanim odsko­czę na bez­pieczną odle­głość dostaję kolejny wpier­dziel od pierw­szego prze­ciw­nika, który zdą­żył się…odrodzić. Dziękuję, do widze­nia i zapra­szamy do menu wyboru pozio­mów i roz­po­czę­cia roz­grywki od nowa.

Przedarłem się przez całą grę klnąc pod nosem jak szewc i pró­bu­jąc roz­gryźć zależ­ność dzia­ła­nia ataku mojej postaci z obecną fazą Księżyca, nastro­jów poli­tycz­nych w Egipcie lub hodowlą bawełny w Bangladeszu. Żadnej pra­wi­dło­wo­ści nie udało mi się dopa­trzeć i gdzieś w poło­wie gry przy­zwy­cza­iłem się już do tego retro miga­nia Sknerusa za każ­dym razem, gdy obry­wa­łem z uwagi na  kla­wisz ataku, który stwier­dzał, że on sobie robi teraz wolne i że nie mam pysko­wać, bo będę potrze­bo­wał jego pomocy przy bos­sie na końcu poziomu. Spartolić fun­da­men­talny ele­ment gry — do tego trzeba mieć praw­dziwy talent.

Być może dewe­lo­per ogar­nie się i poprawi powyż­sze błędy wraz z jakąś (oby szybką) aktu­ali­za­cją. Dziwi mnie jed­nak chór zado­wo­lo­nych gra­czy, któ­rzy nie dostrze­gają tak rażą­cych nie­do­ró­bek i twier­dzą, że to „atrak­cja” i takie gry kie­dyś były normą. Podobno. Nie mam nic prze­ciwko grom z wyso­kim pozio­mem trud­no­ści, ale lubię jeśli tytuł sta­nowi sen­sowne wyzwa­nie poprzez zmu­sze­nie do względ­nej kon­cen­tra­cji oraz zapo­zna­nia się z kon­kret­nymi regu­łami. W „DuckTales Remastered” tego uczu­cia w ogóle nie mia­łem, a przez całą męczącą roz­grywkę czu­łem się bar­dziej jak dziecko, które za karę zostało zamknięte w piw­nicy z głod­nymi szczu­rami. Nie wiesz jak zabić szczura? Dziękuję, do widze­nia i zapra­szamy do menu wyboru pozio­mów i roz­po­czę­cia roz­grywki od nowa.

Zniekształcone wspo­mnie­nia?

Kilka tygo­dni temu odświe­ży­łem sobie pier­wo­wzór z NESa. Gra okrut­nie się zesta­rzała i to, co byłem w sta­nie prze­tra­wić i zigno­ro­wać wiele lat temu, dzi­siaj jest już dla mnie nie do zaak­cep­to­wa­nia. Mniejsza już o mecha­nikę „skacz i odbi­jaj się od wro­gów”, bo suk­ces indy­ków* poka­zuje, że i prost­sze rze­czy da się efek­tow­nie i gry­wal­nie przed­sta­wić. Gra przede wszyst­kim nuży i iry­tuje swoim 8-bitowym rodo­wo­dem. Respawn wro­gów po prze­su­nię­ciu kawałka ekranu? Losowe i bez­sen­sow­nie uło­żone „znajdźki”? Windowanie poziomu trud­no­ści poprzez nie­bo­tycz­nie dziw­nie uło­żo­nych prze­ciw­ni­ków (w ory­gi­nale przy­naj­mniej dzia­łał atak)? Grę udało mi się skoń­czyć bez więk­szego pro­blemu, ale nie mogę zali­czyć tego doświad­cze­nia do naj­mil­szych wspo­mnień. W zasa­dzie, to żałuję, że zde­cy­do­wa­łem się ponow­nie zagrać w „DuckTales” z NESa, bo tym samym popsu­łem sobie miłe wspo­mnie­nia z dzieciństwa.

„DuckTales Remastered” jest dokład­nie tą samą grą. Jest relik­tem dawno minio­nej epoki, który został bru­tal­nie wycią­gnięty z elek­tro­nicz­nych kata­kumb, przy­pu­dro­wany i ubrany w nowe szaty, ale nadal — relik­tem. Liczyłem na to, że WayForward pój­dzie po rozum do głowy i kult z NES potrak­tuje jedy­nie jako punkt odnie­sie­nia do stwo­rze­nia ślicz­nej, gry­wal­nej plat­for­mówki, która nie będzie miała się czego wsty­dzić w porów­na­niu cho­ciażby z „Rayman Origins”. Zamiast tego bole­śnie zmar­no­wano szansę i świetne zasoby (akto­rzy!) na kawa­łek ska­mie­liny poka­zu­ją­cej jak dzi­siaj gier nie powinno się robić. Ból dla mnie tym więk­szy, że jestem fanem kaczego uni­wer­sum i chciał­bym jesz­cze kie­dyś zoba­czyć udaną pro­duk­cję z udzia­łem tych sym­pa­tycz­nych postaci. Nie kupuj­cie tej gry — wię­cej przy­jem­no­ści dostar­czą Wam komiksy Dona Rosy.

Dzioby w dół — nie wszystko złoto, co retro.

ducktales remastered

Badus

*gry nie­za­leżne

Przelał na ekran monitora:

Lubię ciastka. I fajne dziewczyny z cosplay'ów.