Jak wypatroszyć kurczaka?

gabriel knight

Nie, nie mam na myśli huma­ni­tar­nego usy­pia­nia ślepych ptasz­ków wędru­ją­cych do kubełka KFC.

Lubię sezon świą­teczny. Naprawdę, z ręką na sercu. Nigdy nie potra­fi­łem zro­zu­mieć ludzi, któ­rzy wraz z począt­kiem grud­nia nagle dokła­dają swoją cegiełkę dość powszech­nej nie­chęci do tego mie­siąca, wraz z jego moc­nym ude­rze­niem w postaci wie­czoru wigi­lij­nego, a następ­nie syl­we­strową kul­mi­na­cją. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że wcho­dząc do gale­rii han­dlo­wej nie sły­szy­cie „The Last Christmas”, a w bloku rekla­mo­wym TV nie poja­wia się cię­ża­rówka Coca-Coli. Ja bym się rozpłakał.

Grudzień to także jeden z tych mie­sięcy, któ­rego wyda­rze­nia jakby zawsze moc­niej zosta­wały mi w pamięci (nawet na prze­kór wyda­rze­niom jego ostat­niego dnia). Jedno z nich jest stricte świą­teczne, a miało miej­sce w cza­sach, gdy mdla­łem na widok krwi w pierw­szym „Blood”. Będąc nie­świa­do­mym tego, co zazwy­czaj robi się z przy­nie­sio­nym do domu żywym kar­piem wpa­ro­wa­łem pew­nego przed­wi­gi­lij­nego wie­czora do kuchni Badusowej Babci, gdy ta pełna wigoru z uśmie­chem na ustach dobrała się do prze­ra­żo­nej swoim losem ryby — jeb łbem o stół, ciach nożem i bebeszki na wierzch. To jest jeden z tych defi­niu­ją­cych momen­tów w życiu, gdy jakaś część czło­wieka umiera i od tej chwili jest się w sta­nie eks­ter­mi­no­wać zastępy prze­ciw­ni­ków na ekra­nie moni­tora bez mru­gnię­cia okiem.

gabriel knight

Ciekawi mnie, czy ktoś prze­żył podobne kathar­sis, gdy w grud­niu 1993 roku po raz pierw­szy wypa­tro­szono wir­tu­al­nego kur­czaka. Biedaczyna ów skoń­czył dość mar­nie prze­cie­ra­jąc szlaki w eks­ter­mi­no­wa­niu gro­wych zwie­rzą­tek, gdy został dorwany przez wyznaw­ców voodoo w „Gabriel Knight: Sins of the Fathers”. Dzisiaj mija dokład­nie 20 lat od pre­miery tej gry, a wciąż nie spo­tka­łem rów­nie świet­nie opo­wie­dzia­nej histo­rii, która łączy­łaby kli­mat tanich detek­ty­wi­stycz­nych powie­ści wraz z bogato opi­saną kul­turą (w tym przy­padku — Nowego Orleanu z krwio­żer­czymi kapła­nami na czele). Sam tytuł wpadł mi w chwy­taki wieki temu, cał­kiem przy­pad­kowo, jako doda­tek do ś.p. „Resetu”. Po insta­la­cji na kompa, z któ­rego dzi­siaj byle smart­fon by się uśmiał, nastą­piło sakra­men­talne odpa­le­nie i…od ekranu odsze­dłem dopiero dwa tygo­dnie póź­niej, zszo­ko­wany feno­me­nalną fabułą i wcią­ga­jącą rozgrywką.

Ale to był dawno, w cza­sach gdy triumf świe­ciła papie­rowa (!) prasa growa, a powszechny dostęp do nie­prze­bra­nych zaso­bów Sieci nikomu się dzi­siaj nie śnił. Czy „Gabriel Knight” prze­żył „próbę sen­ty­mentu” po prze­kli­ka­niu setek godzin w bar­dziej wyszu­ka­nych i zre­ali­zo­wa­nych z więk­szą pompą tytułach?

1. Historia

Nadal trzyma fason. Pomimo, że przez 20 lat w gier­ko­wym światku natra­fi­łem na podobne tematy i sche­maty jak w pro­duk­cji Sierry, to pery­pe­tie cier­pią­cego na kosz­mary senne Gabriela wciąż potra­fiły przy­kuć mnie do moni­tora. Mocna w tym zasługa naprawdę prze­my­śla­nego sce­na­riu­sza, który w kilku miej­scach zaska­kuje zwro­tami akcji rodem z „Twin Peaks”. Żeby nie było za słodko, to kilka moty­wów mocno dzi­siaj trąci powie­ściami pulp crime — ciężko wyczuć, czy były jedy­nie inspi­ra­cją czy może zna­kiem czasów.

2. Postaci

Genialne. Wszystkie wykre­owane z głową, a każda nie­zwy­kle cha­rak­te­ry­styczna i na swój spo­sób uro­cza. Tak jak wiele lat temu z miej­sca polu­bi­łem głów­nego boha­tera i paczkę jego zna­jo­mych, tak i dzi­siaj z mar­szu wysko­czył­bym z nimi do pubu poroz­ma­wiać o łapa­niu duchów i reli­gij­nych mor­der­ców. Na spe­cjalne uzna­nie zasłu­gują dia­logi, gdyż nie­raz można się przy nich popła­kać ze śmie­chu. Same postaci są jak te z „Friends” — ponad­cza­sowe, z „che­mią” i wciąż aktu­alne, a nie­je­den hol­ly­wo­odzki film powi­nien spa­lić się ze wstydu w porów­na­niu z nimi.

3. Miasto

Jeśli nie stać Was na wycieczkę do Nowego Orleanu, to „Gabriel Knight” będzie ide­al­nym zamien­ni­kiem. Zdecydowana więk­szość loka­cji z gry to obiekty żywcem prze­nie­sione z metro­po­lii, a wokół nich bar­dzo spryt­nie i nie­na­chal­nie upchnięto solidną por­cję infor­ma­cji o mie­ście. W pew­nej chwili poczu­łem się bar­dziej tury­stą niż boha­te­rem detek­ty­wi­stycz­nej powie­ści, a to już dość dobrze świad­czy o dopra­co­wa­niu tego ele­mentu gry.

4. Dźwięki

Jest śred­nio. Jak na 20 lat, to tytuł co prawda nie odrzuca jako­ścią dia­lo­gów (hej — Tim Curry i Mark Hammil!), ale cudów nie ma i można jedy­nie napi­sać, że postaci mówią zro­zu­miale. Dużo gorzej jest ze ścieżką dźwię­kową i jeśli ktoś nie wycho­wał się na popiar­dy­wa­niach sta­rych kom­pu­te­rów, bądź nie wykształ­cił w sobie wybit­nej wraż­li­wo­ści na bar­dziej wyszu­kaną muzykę, to w grze będzie ją musiał przy­ci­szyć — obec­nie nadaje się ona do solid­nego remasteringu.

5. Wizualia

Pierwszy raz przy­gry­wa­łem na moni­to­rze CRT i wtedy było okej. Dzisiaj, na panelu LCD i po byciu roz­piesz­cza­nym przez piękne tytuły w HD…no cóż, trzeba się przez kilka(naście) minut prze­sta­wić na retro kli­mat. Gra mocno się posta­rzała, może nawet moc­niej niż inne tytuły z 1993 roku, ale warto prze­sko­czyć ten ewen­tu­alny zgrzyt (patrz — punkt 1).

6. Rozgrywka

Interfejs jest prze­sad­nie wydu­many. Niestety, tak kie­dyś Sierra robiła przy­go­dówki — boha­ter mógł wyko­nać sze­reg czyn­no­ści (czę­sto zbęd­nych), a każda była repre­zen­to­wana przez osobną ikonę bądź napis (o zgrozo!). Brzydkie to to, mało intu­icyjne i w kilku momen­tach potrafi dopro­wa­dzić jedy­nie do szew­skiej pasji i chęci wywa­le­nia moni­tora przez okno. Dzisiaj spo­sób inte­rak­cji postaci ze świa­tem gry może podo­bać się jedy­nie orto­dok­syj­nym fety­szy­stom retro­gra­nia — dla nor­mal­nych ludzi będzie to tylko i wyłącz­nie iry­tu­jąca bariera.

Szarpać?

Fundamentalne pyta­nie — grać w ory­gi­nał czy cze­kać na zapo­wie­dzianą odno­wioną wer­sję wypa­tro­szo­nego kur­czaka? Jako zde­kla­ro­wany fan serii naka­zuję Wam rzu­cić gro­szem na GOG.com i bie­giem nad­ra­biać zale­gło­ści (cho­ciażby dla czy­stej przy­zwo­ito­ści). Na odświe­żoną wer­sję Schattenjagera powinni pocze­kać jedy­nie Ci, któ­rzy naprawdę krwa­wią z oczu na widok pik­se­lozy, bądź mają mocną awer­sję do retro przy­go­dó­wek (uwaga — w grze można zginąć!).

A na deser przed­smak tego, co czeka nas w „Gabriel Knight: Sins of the Fathers 20th Anniversary Edition”!

gabriel knight

gabriel knight

gabriel knight

Badus

Przelał na ekran monitora:

Lubię ciastka. I fajne dziewczyny z cosplay'ów.