Jedno życie

dead space 2, o trybach hardcore, diablo 3, dark souls

Jedno życie, jeden save, jedna postać. Jedna pomyłka, wybite korki, awa­ria inter­netu, spra­gniony czu­ło­ści futrzak i koniec, zaczy­namy zabawę od początku. Masochizm? Tęsknota za daw­nymi cza­sami gier 8 bito­wych? Szukanie moc­nych wra­żeń? Zapewne wszyst­kiego po tro­chu. Zapraszam do zapo­zna­nia się z moimi prze­my­śle­niami na temat try­bów „hard­core” w grach.

Zabrałem się nie­dawno za prze­cho­dze­nie „leci­wej” już gry “Dead Space 2”. Gra sama w sobie jest dosko­nała i pole­cam ją każ­demu gra­czowi o sta­lo­wych ner­wach i moc­nym pęche­rzu, jed­nak to wła­śnie zawarty w niej tryb hard­core skło­nił mnie do napi­sa­nia tych kilku zdań.

O co w tym wła­ści­wie cho­dzi? W przy­padku “Dead Space 2” mamy do przej­ścia całą grę na pozio­mie tro­chę trud­niej­szym niż stan­dar­dowy nor­mal, a cały trik polega na tym, że dys­po­nu­jemy jedy­nie trzema sta­nami zapisu. Nagrodami za ukoń­cze­nie gry w ten spo­sób jest upra­gnione tro­feum (achie­ve­ment na Xboxie) oraz „Hand Cannon” aka „pew! pew! gun”  (tylko w przy­padku kon­sol). Nieco mizerna gra­ty­fi­ka­cja, jak na trud, czas i nerwy, które trzeba na to poświę­cić. Jednak nie o cel, a o wędrówkę się roz­cho­dzi. O ten dresz­czyk emo­cji towa­rzy­szący nam za każ­dym razem, gdy wychy­la­jąc się zza rogu spo­dzie­wamy się ataku z każ­dej strony. O zży­cie z kie­ro­waną przez nas posta­cią i auten­tyczny strach, który potrafi wyzwo­lić nie­ocze­ki­wane reak­cje i spra­wić, że taką roz­grywkę zapa­mię­tamy na zawsze. Namiastka rze­czy­wi­sto­ści, gdzie nie ma jesz­cze jed­nego „życia” w zapa­sie. Oczywiście to lekka prze­sada, bo prze­cież gdy już przy­trafi się nam smutny koniec i nasze wnętrz­no­ści barw­nie ude­ko­rują cia­sne kory­ta­rze Ishimury, zawsze możemy zacząć grę od początku. Tym razem bogatsi o punkty doświad­cze­nia prze­cho­wy­wane nie na dysku twar­dym, a w naszej wła­snej pamięci.

Warto też wspo­mnieć o dwóch innych tytu­łach, które wpi­sują się w ten temat, a które w moim odczu­ciu są jed­nymi z naj­lep­szych gier ostat­nich lat. Demon’s Soul i Dark Souls, bo o nich mowa, zostały okrzyk­nięte jed­nymi z naj­trud­niej­szych pozy­cji tej gene­ra­cji. Nie ma w nich osob­nego trybu hard­core, bo to one same są jed­nym wiel­kim hard­co­rem. Gry te nie są może aż tak prze­sad­nie trudne, jak nie­któ­rzy chcie­liby je przed­sta­wiać (acz­kol­wiek są to dwie pla­tyny, z któ­rych zro­bie­nia jestem bar­dzo dumny), wyma­gają za to zupeł­nie innego podej­ścia niż to, do jakiego przy­zwy­cza­iła nas więk­szość obec­nych pro­duk­cji. Część z Was pew­nie wie, o czym mowa, ale dla przy­po­mnie­nia napi­szę w czym rzecz. W DS’ach mamy postać, która zdo­bywa punkty doświad­cze­nia poprzez zabi­ja­nie kolej­nych potwo­rów, można jed­nak te punkty „wydać” tylko w okre­ślo­nych miej­scach. Jeśli zosta­niemy zabici zanim dotrzemy do takiego punktu tra­cimy je bez­pow­rot­nie. Bardzo pro­ste i zara­zem nie do prze­sko­cze­nia dla wielu dzi­siej­szych gra­czy, ponie­waż tych gier trzeba się nauczyć, trzeba ponieść kon­se­kwen­cje swo­ich błę­dów i nie­wie­dzy, by przy kolej­nym, cza­sem –nastym podej­ściu wyko­nać daną czyn­ność jak należy. Do tego docho­dzi nie­sa­mo­wite PvP, które może nas zasko­czyć dosłow­nie w każ­dym momen­cie. Naprawdę, nic w co gra­łem ostat­nimi czasy nie dawało mi takiej satys­fak­cji i nie dostar­czyło tylu wra­żeń, co pozna­wa­nie tych gier. Przypominały mi się czasy gier na 8 bitowce gdzie też nale­żało się gry nauczyć i nikt nie pła­kał, gdy musiał zaczy­nać zabawę od początku. Ot, cza­sem zaklął tylko pod nosem.

diablo 3, dark souls

Jest jesz­cze jeden tytuł, któ­rego tryb hard­core dane mi było poznać i bar­dzo polu­bić, nie­stety ze względu na brak czasu, nie na tyle, na ile bym chciał. Sławetne Diablo 3 także daje nam moż­li­wość zagra­nia posta­cią “hard­co­rową” (w 2 czę­ści była to postać zawo­dowa). Nie ma tu żadnej taryfy ulgo­wej, zgon ozna­cza, że tra­cimy wszyst­kie przed­mioty i dal­szą  moż­li­wość gry naszą posta­cią, która zostaje nam tylko jako pamiątka w menu, a na stro­nie naszego pro­filu pochwa­lić się będziemy mogli jedy­nie pozio­mem, do któ­rego udało nam się daną posta­cią dobrnąć. Gra w tym try­bie dia­me­tral­nie różni się od swo­jego odpo­wied­nika soft­core. Wymaga ostroż­no­ści, sku­pie­nia i nie ma tutaj miej­sca na błędy, a dru­żyna naprawdę stara się ze sobą współ­dzia­łać. Emocje się­gają zenitu już w oko­li­cach 20 levelu, a co dopiero, gdy dobi­jemy do 60 i zgi­niemy przez laga utłu­czeni przez pierw­szego lep­szego kościotrupa.

Diablo 3

Co daje gra­nie w takie tryby? Na pewno ogromną satys­fak­cję i wspo­mniane wcze­śniej emo­cje zwią­zane z obawą o „życie” naszej postaci. Uczą także cier­pli­wo­ści i wytrwa­ło­ści w dąże­niu do celu, gdyż po dro­dze nie znaj­dzie­cie ani jed­nego save­po­intu, zaś wpływ czyn­ni­ków zewnętrz­nych upo­dab­nia to wszystko do praw­dzi­wego życia, gdzie przy­padki losowe mają prze­cież fun­da­men­talny wpływ na nasze życie.

Ciekaw jestem Waszych prze­my­śleń i doświad­czeń zwią­za­nych z tym tema­tem. Czekam na komen­ta­rze i ewen­tu­alne pro­po­zy­cje innych tytu­łów, w któ­rych doświad­czy­li­ście podob­nych emocji.

Grey

 

Przelał na ekran monitora:

W przerwach między kolejnymi ilustracjami karmi kota i gra w Diablo.