Mokre Gacie czyli najstraszliwsze ze strasznych

Specjalny wpis z oka­zji Święta dyni.

Polacy na dobre zaadap­to­wali zwy­czaj wyci­na­nia dyniek i impre­zo­wa­nia w wigi­lię wszyst­kich świę­tych. Jedni się na to obu­rzają, zapo­mi­na­jąc, że za młodu kato­wani byli podob­nym Dziadostwem w szkole, innym się to podoba, bo prze­cież każda oka­zja jest dobra by się napić i powy­głu­piać. Nam to zupeł­nie nie prze­szka­dza i wolimy to, niż Walentynki i psy­chozę jaka ogar­nia mniej roz­gar­niętą wiarę tego dnia. Ale wra­ca­jąc do Halloween, przy­jęło się, że wszyst­kie ser­wisy prze­ści­gają się we wszel­kiego typu zesta­wie­niach — naj­lep­sze hor­rory, naj­lep­sze hor­rory growe itp. GRAMY SE nie może być gor­sze, a że nie potra­fi­li­śmy wymy­ślić nic dosta­tecz­nie hip­ster­skiego, to będzie po linii naj­mniej­szego oporu czyli…

10 (?) STRASZNYCH GIER

Aliens vs. Predator (ten z 1999) - chyba jedyna dobra gra, jaka wyszła ze stu­dia Rebellion. Pamiętam, że sły­sząc szu­ra­ją­cego za drzwiami face­hu­gera wcho­dziło się do pomiesz­cze­nia z zamknię­tymi oczami, jed­no­cze­śnie pru­jąc z mio­ta­cza ognia we wszyst­kich kie­run­kach. Jeśli ktoś posia­dał fotel na kół­kach, to czę­sto lądo­wał na dru­gim końcu pokoju.

Dead Space - tak, wiem że to mało ory­gi­nalne, ale pierw­sza część tej gry auten­tycz­nie powo­do­wała pal­pi­ta­cję serca. Świet­nego kli­matu i powiewu zgni­łej świe­żo­ści, jaka towa­rzy­szyła ogry­wa­niu pierw­szej czę­ści nie zapo­mnę nigdy. Jeśli cho­dzi o część drugą, to naj­bar­dziej zapadł mi w pamięć tryb hard­core, gdzie mie­li­śmy do dys­po­zy­cji tylko trzy stany zapisu na całą grę. Do dziś został mi jesz­cze jeden do wykorzystania.

Doom 3 - swego czasu wielki kon­ku­rent Half Life 2. O ile na kolejną cześć Doom’a mamy szansę, o tyle HL3 dochra­pał się sta­tusu „Forever”. Co mnie stra­szyło w trze­cim Doomie? Na pewno świetny design ata­ku­ją­cych nas stra­szy­deł i towa­rzy­szące temu efekty dźwię­kowe. Jednak to, co było naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym ele­men­tem roz­grywki, to upo­śle­dze­nie głów­nego boha­tera, który nie potra­fił jed­no­cze­śnie świe­cić latarką i celo­wać z broni.

Resident Evil 6 - bo w tak straszne gówno dawno nie graliśmy.

Alone in the Dark — jak na dziada przy­stało posta­no­wi­łem wycią­gnąć na świa­tło dzienne tę oto ska­mie­linę. Była to jedna z moich pierw­szych pece­to­wych gier i jedno jest pewne — już nigdy tak nie­wiele wie­lo­bo­ków nie wywoła u mnie rów­nie para­li­żu­ją­cego stra­chu. Ciężko opi­sać kli­mat skrze­cze­nia „bzyczka” pod­czas gra­nia w AITD w środku nocy. Długo myśla­łem i wymy­śli­łem stwier­dze­nie „włos gęsto jeżył się na dupie”.

Batman: Arkham Asylum — „strasz­ność” nowych Batków jest być może nie­oczy­wi­sta, bo komik­sowa, ale wybra­łem ten tytuł nie ze względu na cało­kształt (ską­din­nąd genialny). Jest w AA jedna scenka, która nie­mal dosłow­nie mrozi krew w żyłach, a która zwia­stuje pierw­sze spo­tka­nie ze Strachem na wró­ble. Słowa nie są w sta­nie dosad­nie oddać wszech­obec­nego prze­ra­że­nia, dla­tego odsy­łam do gry (wariant pre­fe­ro­wany) albo na YouTube (pussy mode on):

Left4Dead — żyjemy w cza­sach, kiedy to zom­biaki prze­biły się już sku­tecz­nie do main­stre­amu i nawet hip­ste­rzy boją się już ich wyłącz­nie iro­nicz­nie. Nie tak dawno temu jed­nak L4D przy­po­mniało nam, jak to jest, gdy sta­jemy oko w oko z hordą nie­umar­łych, a kolega z dru­żyny przy­pad­kiem posłał kulkę w stronę Wiedźmy. Przy oka­zji takich spo­tkań padło wiele peł­nych emo­cji sen­ten­cji, nic jed­nak nie prze­bije legen­dar­nego „runwwwwwwwwwwwwww”.

Vampire the Masquerade: Bloodlines — po tym, co wam­pi­rom zgo­to­wała seria Zmierzch wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze będą w sta­nie kogoś prze­stra­szyć. Dlatego pole­cam Bloodlines nie ze względu na głów­nych boha­te­rów, a dla jed­nej, kon­kret­nej loka­cji — opusz­czo­nego hotelu Ocean House. Przymijcie od wujka dobrą radę i zaopa­trz­cie się zawczasu w zapas czy­stej bie­li­zny. Albo zepsuj­cie sobie zabawę i zba­daj­cie tubę z linka.

Dino Crisis — dawno, dawno temu, kiedy survi­val hor­ror ozna­czał praw­dziwy hor­ror, a nie strze­lanki pokroju nowych resi­den­tów, twórcy gie­rek brali na warsz­tat chyba wszyst­kie moż­liwe mon­stra z popkul­tury. Najciekawszą waria­cją na temat do dzi­siaj pozo­staje Dino Crisis, przy któ­rym pery­pe­tie boha­te­rów Jurassic Park wyglą­dają jak nie­dzielna prze­chadzka do osie­dlo­wego skle­piku po bułki na śnia­da­nie. Pierwsze spo­tka­nie z roz­pik­se­lo­wa­nym tyra­no­zau­rem zali­czam do dru­giego z naj­strasz­niej­szych prze­żyć, jakich dostar­czył mi elek­tro­niczny świa­tek (pierw­sze miej­sce zaj­muje pozy­cja wyróż­niona przez nas tytu­łem honorowym).

Manhunt — tytuł swego czasu naprawdę gło­śny i aż dziwne, że nikt do niego nie wraca przy każ­dej kolej­nej bzdur­nej deba­cie o prze­mocy w grach wideo. Pomimo, że stu­dio Rockstar jest głów­nie znane z rów­nie bru­tal­nej serii GTA, to Manhunt nadal może z „dumą” ubie­gać się o miano naj­bar­dziej bez­po­śred­niej, brud­nej gry w histo­rii. Klimat bycia zaszczu­tym przez całą bandę róż­no­ra­kich psy­cho­pa­tów i odgry­wa­nie bar­dziej roli ski­tra­nego za śmiet­ni­kiem prze­ra­żo­nego ucie­ki­niera był zupeł­nie nową jako­ścią. Oczywiście gracz w wielu wypad­kach nie był bez­bronny i zacho­wu­jąc ostroż­ność mógł wyżyć się na swo­ich prze­śla­dow­cach na wiele fine­zyj­nych sposobów.

Specjalne wyróż­nie­nie

Windows 95 — nie jest to gra sensu stricto, ale pomimo tego pomi­nię­cie tak prze­ra­ża­ją­cego kawałka opro­gra­mo­wa­nia byłoby z naszej strony mocno nie fair. Kto cho­ciaż raz miał stycz­ność z two­rem Microsoftu, ten dobrze pamięta jakich pod­no­szą­cych ciśnie­nie, powo­du­ją­cych ciek­nącą strużkę zim­nego potu na ple­cach i przy­spie­szone bicie serca emo­cji potra­fiła dostar­czyć opę­tana maszyna. Kto nie pamięta tych cudow­nych wyzwań, jakie potra­fiło posta­wić przed bied­nym użyt­kow­ni­kiem cyfrowe monstrum?

„Rajd po dys­kietką star­tową? O, nie — nie może być zbyt łatwo, śmier­tel­niku! Wyrzucę Ci blue scre­ena, a gdy Ty będziesz pró­bo­wał się pozbie­rać po całej trau­mie miej tę świa­do­mość, że sie­dzę tam — nie­wi­doczny i kar­miący się Twoim stra­chem przed magią, któ­rej nie poj­mu­jesz swoim tkan­ko­wym mózgiem…”

Mamy nadzieję, że nasz mocno subiek­tywne zesta­wie­nie zachęci Was do się­gnię­cia po nie­które z wyżej wymie­nio­nych, dzi­siaj nawet nieco zapo­mniane, tytuły. Nawet suchary, które obec­nie mocno trącą myszką w wysu­bli­mo­wane i roz­piesz­czone gusta gra­czy wciąż mogą zapew­nić cał­kiem przy­jemny stan przed­za­wa­łowy wyska­ku­ją­cym znie­nacka potwo­rem. Lub glitchem.

GSe Squad