R.I.P.D.

Pif-paf, trupy i Kevin Bekon.

Ten film jest bez­na­dziejny. Podobno bazuje na jakimś komik­sie (nie znam, więc pew­nie jest słaby) i jeśli to prawda, to w ramach kate­go­rii naj­gor­szego komik­so­wego filmu zde­kla­so­wał „Batman & Robin”. Może same postaci miały nawet nieco poten­cjału na iko­niczne (zwłasz­cza Bridges), ale jakie­kol­wiek led­wie widoczne pozy­tywne prze­bły­ski „R.I.P.D.” szybko giną przy­gnie­cione reży­serką, kamerą w rękach koka­ini­sty na gło­dzie oraz efek­tami kom­pu­te­ro­wymi na pozio­mie gier sprzed 20 lat. Serio, w kilku kadrach CGI jest tak spar­to­lone, że czu­łem się jakby za chwilę z ekranu miała wyjść najęta przez reży­sera Samara i odśpie­wać „Mr. Trololo”.

Każdy z nas ma tylko jedno życie i wcale nie tak dużo czasu na tej cudow­nej pla­ne­cie, warto więc by spę­dzić go jak naj­le­piej i naj­przy­jem­niej. Sięgając po „R.I.P.D.” popeł­ni­cie jeden z naj­więk­szych błę­dów jaki się da i stra­ci­cie 2 godziny, które z pożyt­kiem może­cie prze­zna­czyć cho­ciażby na naukę szy­deł­ko­wa­nia albo odsłu­cha­nie archi­wal­nych nagrań z posie­dzeń Sejmu. Wyniesiecie z tego wię­cej niż z seansu tego fil­mo­wego rzyga.

Przelał na ekran monitora:

Lubię ciastka. I fajne dziewczyny z cosplay'ów.