Man of Steel — se recka

man of steel

Po wyj­ściu z toruń­skiego kina tro­chę bolała mnie głowa od napier­da­la­ją­cych hała­sem gło­śni­ków, czu­łem lekką iry­ta­cję po czter­dzie­stu minu­tach reklam przed fil­mem i pra­cow­ni­kach kina z pie­kła rodem, spraw­dza­ją­cych czy przy­pad­kiem nie wnio­słem na salę kupio­nych w Biedronce pod­ró­bek Haribo. Jednocześnie prze­peł­niała mnie duma, że oto dogo­ni­li­śmy Zachód i płacę za bilet tyle samo, co mój kolega w praw­dzi­wej Europie.

Jednak temat wyjąt­ko­wo­ści pol­skich kin zosta­wiam sobie na osobny wpis. Tymczasem musia­łem ode­tchnąć świe­żym powie­trzem, zapa­lić fajkę i na spo­koj­nie zasta­no­wić się, co ja wła­śnie obejrzałem.

Nowego Supermana mogę porów­nać do pierw­szej czę­ści „Transformers”. Tak jak nie spo­dzie­wa­łem się, że film o wiel­kich zabaw­kach da mi tyle rado­chy, tak samo nie przy­pusz­cza­łem, że kolejne wcie­le­nie naj­nud­niej­szego super­bo­ha­tera wszech cza­sów sprawi, iż pod­czas seansu mimo­wol­nie będzie poja­wiał mi się banan na twa­rzy. Gdybym był prze­cięt­nym Hamburgerem to pew­nie miał­bym wobec tego filmu więk­sze ocze­ki­wa­nia, ale pech chciał, że uro­dzi­łem się w Polsce i postać faceta w czer­wo­nych majt­kach była dla mnie zawsze jakimś kurio­zum. Nie cho­dzi nawet o jego śmieszny strój czy nie­za­je­by­wal­ność, ale o czarno-białe przed­sta­wie­nie cha­rak­teru, boha­tera zbyt krysz­ta­ło­wego, by uczy­nić go dla mnie inte­re­su­ją­cym. Ale taki jest wła­śnie Superman i małe tu pole do popisu. Mimo tego, Snyderowi udało się stwo­rzyć zaje­bi­sty film o przy­go­dach Człowieka ze stali i w moim odczu­ciu nie dałoby się tego zro­bić lepiej. Pewnie, to wciąż film z wadami takimi jak nachalne prze­sła­nie lub głu­piut­kie dia­logi, ale za to ogląda się go z uśmie­chem, jed­nym tchem, a przede wszyst­kim nie nudzi!

man of steel

Nie rozu­miem ame­ry­kań­skich kry­ty­ków, któ­rym podo­bała się poprzed­nia część pt. „Superman Returns”. Ma ona nawet reko­men­da­cję na Zgniłych Pomidorach (cho­ciaż „Prometeusz” także może się nią pochwa­lić, więc może czas prze­stać odwie­dzać ten ser­wis). Był to film tak idio­tyczny i dzi­waczny, iż mogę go przy­rów­nać tylko do porażki innego świet­nego reży­sera jaką był „Hulk” Anga Lee. Doskonały przy­kład na to, że nawet naj­więk­szym zda­rzają się cza­sem bole­sne upadki. Nie pamię­tam już dokład­nie wąt­ków z „Powrotu…”, pamię­tam tylko, że Cyklop z X-menów wycho­wy­wał kukuł­cze jajo Supermana, były jakieś krysz­tałki z Kryptonu i Kevin Spacey pró­bu­jący rato­wać ten celu­lo­idowy rzyg swoim aktor­skim kunsz­tem. Nie udało się, ale być może ame­ry­kań­scy kry­tycy nie rozu­mieją, że Superman to bar­dzo pro­sta i nie­kom­pli­ko­wana postać, a jaka­kol­wiek próba zro­bie­nia z jej udzia­łem cze­goś ambit­nego musi skoń­czyć się porażką. Na szczę­ście Snyder potra­fił wycią­gnąć wła­ści­wie wnio­ski z błę­dów kolegi po fachu.

Widowisko zaczyna się moc­nym wej­ściem uka­zu­ją­cym zagładę Kryptonu, śmierć rodzi­ców oraz zbun­to­wa­nego gene­rała Zoda. Później oglą­damy doro­słego Clarka, buja­ją­cego się po świe­cie, poma­ga­ją­cego inco­gnito miesz­kań­com Ziemi i wspo­mi­na­ją­cego wyda­rze­nia z mło­do­ści. Poszukuje on także infor­ma­cji o swoim pocho­dze­niu. Clark zasta­na­wia się czy świat jest gotowy na jego przy­by­cie, nowego Mesjasza, mają­cego wska­zać ludz­ko­ści wła­ściwą drogę. Tak, w fil­mie pada nawet stwier­dze­nie, że młody będzie dla ludzi niczym Bóg. Ten pate­tyczny ton utrzy­muje się cały czas, ale jak już wspo­mnia­łem na początku, taki wła­śnie jest Superman. Wolę nowe wcie­le­nie Jezusa, bro­niące nas przez ponad dwie godziny przed złymi kosmi­tami niż uwi­kła­nego w jakiś tok­syczny zwią­zek i pro­blemy z nie­ślub­nym dziec­kiem jak to mie­li­śmy oka­zję obej­rzeć w poprzed­nim odcinku. W poło­wie filmu przy­la­tują źli kosmici z Zodem na czele i leją się z Supermanem aż do samego końca. Robią przy tym epicką roz­pier­du­chę, gdzie ludzie giną tysią­cami. Oczywiście nigdy na pierw­szym pla­nie, ale prze­cież nie o to cho­dzi. Czuć nie­sa­mo­wi­tego powera i walki naprawdę wyszły genial­nie. Ludzie są dla kosmi­tów z Kryptona zagro­że­niem pokroju mró­wek. Podejrzewam, że ekipa z Avengersów pla­so­wa­łaby się gdzieś na pozio­mie komarów.

man of steel

Bardzo faj­nie wypa­dają posta­cie złych z Zodem na czele. Tak jak Superman, nie są zbyt skom­pli­ko­wani, ale w ich przy­padku ma to nawet uza­sad­nie­nie w samej fabule. Moją ulu­bie­nicą jest Faora-Ul aka zimna Niemka i zwró­ci­łem już na nią uwagę w zwia­stu­nach, lecz nie spo­dzie­wa­łem się, że będzie miała ona aż tyle zna­ko­mi­tych wejść w samym fil­mie. Michael Shannon w roli głów­nego złego wypadł dosko­nale, uwiel­biam tego aktora i cho­ciaż na pewno nie poka­zał tu pełni swo­ich moż­li­wo­ści, to gene­rał Zod w jego wyko­na­niu sta­nowi kawał niezłego fikoła. Kosmici, mimo iż wyglą­dają jak ludzie, spra­wiają wyjąt­kowo obce wra­że­nie. Prawdziwa rasa zim­nych panów z gwiazd. Oczywiście nasz dzielny boha­ter musi wybrać po czy­jej stro­nie się opo­wie­dzieć. Moim zda­niem oglą­dał za mało tele­wi­zji i pro­gra­mów Jerry’ego Springera, bo jed­nak posta­na­wia sta­nąć w naszej obro­nie. Być może cho­dziło tu o jego lasencję, ale na całe szczę­ście nie ma w tym fil­mie miej­sca na jakiś roz­bu­do­wany wątek miło­sny i Lois Lane jest w fil­mie dokład­nie tyle ile potrzeba.

Strona wizu­alna filmu jest nie­na­ganna i nie można się do niczego przy­cze­pić. Designu stro­jów, stat­ków czy też całej pla­nety w przy­padku Kryptona nie można zali­czyć do wybit­nie ory­gi­nal­nych, ale wszystko trzyma się kupy i nic nie wali sztucz­no­ścią. No, może poza sceną pierw­szego lotu, która chyba w zamie­rze­niu miała nawią­zy­wać do kla­sy­ków z Christopherem Reeve. Zgrabny mon­taż i reży­se­ria to coś, do czego Zack Snyder nas już przy­zwy­czaił. Film momen­tami przy­po­mina dobrze zmon­to­wany zwia­stun, ale dzięki temu epa dosłow­nie wylewa się z ekranu. Co do war­stwy muzycz­nej, to na szczę­ście odcięto się cał­ko­wi­cie od ory­gi­nal­nego motywu stwo­rzo­nego przez Williamsa. Hans Zimmer dobrym rze­mieśl­ni­kiem jest i sound­track ide­al­nie wpa­so­wuje się w rąbankę na ekra­nie. Jeśli ktoś zasta­na­wia się jaką wer­sje wybrać, to pole­cam tę w trój­wy­mia­rze, gdyż obraz był wyraźny i jasny, bez żadnych roz­myć i nachal­nego dziu­ba­nia w oczy efektami.

man of steel

Film zadzia­łał ponie­waż Zack Snyder umie­jęt­nie pozbył się ele­men­tów, które śmie­szyły w postaci Supermana, a inne zgrab­nie prze­ro­bił. Nie silił się także na skom­pli­ko­waną fabułę. Można się przy­cze­pić do koń­co­wego motywu, który spro­wa­dza się do prze­nie­sie­nia jed­nej rze­czy z punktu A do punktu B żeby zro­bić kosmi­tom na złość, jed­nak takie uprosz­cze­nia w ogóle mi nie prze­szka­dzały. Ten film to praw­dziwe star­cie tyta­nów. Nie daje chwili wytchnie­nia, nie ma śmiesz­nych dia­lo­gów roz­ła­do­wu­ją­cych napię­cie, ale Clark Kent to nie Tony Stark. Oczywiście próby takich dia­lo­gów się zda­rzają i nie­stety wypa­dają żałośnie, na szczę­ście jest ich mało. Jeśli miał­bym ten film oce­nić na chłodno, to zasłu­guje on na ocenę naj­wy­żej dobrą z minu­sem, ale warto zoba­czyć, że da się zro­bić z tym boha­te­rem cie­kawe wido­wi­sko. Trzeba tylko zro­zu­mieć, że pewne kom­pro­misy musiały zostać pod­jęte, bo nie spo­sób przed­sta­wić histo­rii o face­cie ze stali w ten sam spo­sób, co nowego Batmana.

Polecam, reko­men­duję, idź­cie i baw­cie się dobrze, naj­le­piej w tanią środę i oku­la­rach 3D!

Grey

Przelał na ekran monitora:

W przerwach między kolejnymi ilustracjami karmi kota i gra w Diablo.