Teleglitch: Die More Edition

Problemy z GTA online spra­wiły że na razie odło­ży­łem gra­nie moją wir­tu­alną bla­charą i zabra­łem się do nad­ra­bia­nia zale­gło­ści z kolek­cji gie­rek PC. Na pierw­szy ogień poszło feno­me­nalne „Teleglitch”.

Informacje na temat tego tytułu śledzi­łem od dłuż­szego czasu. Najpierw można było zaku­pić grę na stro­nie twór­ców, jed­nak jakiś czas póź­niej poja­wiły się zapo­wie­dzi wer­sji na plat­formę Steam, posta­no­wi­łem więc zacze­kać. „Teleglitch: Die More Edition” wylą­do­wał tam parę mie­sięcy temu z peł­nym wspar­ciem w postaci osią­gnięć, kart itd.

„Teleglitch” należy do gatunku gier „prze­je­ba­nych” zwa­nych też „rogu­elike”. W skró­cie — masz jedno życie i jak zgi­niesz to zaczy­nasz od nowa, bogat­szy o nowe doświad­cze­nia i kilka siwych wło­sów. Taki tryb hard­core, o jakim swego czasu pisa­łem w tym miej­scu. W grze mamy do przej­ścia 10 gene­ro­wa­nych losowo pozio­mów przy każ­dym podej­ściu. Pierwszy save pozwala nam zacząć od trze­ciego levelu, jed­nak żeby go odblo­ko­wać należy dojść do poziomu pią­tego… a nie jest to łatwe zada­nie! Udało mi się po jakiś kil­ku­na­stu zgo­nach — pik­se­lowi straż­nicy, nad­up­ca­jący z wszel­kiej maści broni pal­nej, przy­pra­wiali mnie o zwał już na pozio­mie trze­cim. Ale bez spojlerów!

Akcja gry dzieje się, gdzieś w odle­głych zakąt­kach kosmosu, w bazie w któ­rej eks­pe­ry­menty z tele­por­ta­cją poszły zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami hord żądnych krwi mon­strów cze­ka­ją­cych w kolejce po Drugiej Stronie. Fabuła została nawet cał­kiem faj­nie podana w for­mie odkry­wa­nych zapi­sków zwią­za­nych z bazą i jej miesz­kań­cami. Twórcy pod­cho­dzą do tego ze spo­rym dystan­sem i co jakiś czas można się pośmiać z ser­wo­wa­nych przez nich tek­stów. Jest to jed­nak bar­dzo ner­wowy śmiech, czę­sto przez zaci­śnięte zęby. Bo „Teleglitch” wesołą grą nie jest i poczu­cie zagro­że­nia jest tu nie­od­łączną czę­ścią rozgrywki.

Po dro­dze zbie­ramy nowe bro­nie oraz ele­menty wypo­sa­że­nia, z któ­rych budu­jemy przy­datne urzą­dze­nia bądź mody­fi­ku­jemy już posia­dane. Model strze­la­nia zro­biony jest naprawdę świet­nie i każda broń zacho­wuję się w uni­kalny spo­sób. Przekrój jest spory — od zwy­kłego pisto­letu po mini­guny, wyrzut­nie rakiet, wszel­kiej maści mate­riały wybu­chowe, per­so­nalne tele­porty i wiele, wiele wię­cej. W cza­sie prze­dzie­ra­nia się przez kolejne etapy pozna­jemy coraz to now­szych prze­ciw­ni­ków, do walki z któ­rymi możemy wyko­rzy­sty­wać nie tylko nasz asor­ty­ment, ale także ele­menty oto­cze­nia. Poznawanie tak­tyk walki z każ­dym z wro­gów daje naprawdę dużo satysfakcji.

W budo­wa­niu kli­matu bar­dzo pomaga mini­ma­li­styczna oprawa. To, co udało się osią­gnąć twór­com za pomocą tych kilku pik­seli na krzyż naprawdę impo­nuje! Do tego docho­dzą psy­cho­de­liczne efekty dźwię­kowe i brak pod­kładu muzycz­nego. Wszystko to two­rzy aurę zagro­że­nia i powo­duje, że czło­wiek auten­tycz­nie oba­wia się zlepka kwa­dra­ci­ków skła­da­ją­cych się na kolej­nego prze­ciw­nika. Z cie­ka­wo­stek war­tych wspo­mnie­nia, grę stwo­rzyło w cało­ści jedno stu­dio skła­da­jące się z 3 osób!

„Teleglitch” nie jest oczy­wi­ście grą dla każ­dego. Jednych może odstra­szyć asce­tyczna oprawa, innych wysoki poziom trud­no­ści. Jednak to wła­śnie te ele­menty sta­no­wią o uni­kal­nej war­to­ści tej pozy­cji. To jest gra, która wymaga sku­pie­nia i pre­cy­zji a także spo­rej dozy cier­pli­wo­ści. Nagradza zszar­pa­nymi ner­wami, bez­sen­no­ścią i nie­zli­czo­nymi wir­tu­al­nymi zgo­nami i za to ją wła­śnie uwiel­biam! Have fun!

 

Przelał na ekran monitora:

W przerwach między kolejnymi ilustracjami karmi kota i gra w Diablo.