The Lone Ranger”

the lone ranger

Pif-paf, dzi­kusy, whi­skey i salo­nowe dziwki.

Po pierw­szej zajawce* „The Lone Ranger” wszem i wobec zwia­sto­wa­łem, że ten film okaże się total­nym gnio­tem pró­bu­ją­cym reani­mo­wać dawno pocho­wa­nego trupa. Tym bar­dziej byłem pozy­tyw­nie zasko­czony po wła­ści­wym zwia­stu­nie, gdy zmie­ni­łem podej­ście z „będę rzu­cał w ten film kamie­niami” na „no dobra, może to obej­rzę”. Nawet pomimo Johny’ego Deppa jako czer­wo­no­skó­rego dzikusa.

Nie tra­wię wester­nów. Kompletnie nie pod­cho­dzi mi ta tema­tyka i nawet pomimo szcze­rych chęci, dużej dozie dobrej woli oraz zapasu table­tek na ból głowy nie jestem w sta­nie wysie­dzieć na tyłku w kana­po­wym sio­dle pod­czas oglą­da­nia stada face­tów w śmiesz­nych kape­lu­szach tuła­ją­cych się po pre­rii. Cóż, nie ma co ukry­wać — nie zała­pa­łem się do poko­le­nia ludzi, któ­rzy eks­cy­to­wali się zabawą w kow­bo­jów i rdzen­nych Amerykanów (ah, ta popraw­ność poli­tyczna), a na szkolny bal prze­bie­rań­ców wola­łem przyjść we wdzianku Spider-Mana.

„The Lone Ranger” jest bez wąt­pie­nia skie­ro­wany wła­śnie do tych dużych chłop­ców, któ­rzy taką podwór­kową zabawę w western jesz­cze pamię­tają. Sam film odwo­łuje się do nie­zwy­kle popu­lar­nej postaci będą­cej głów­nie boha­te­rem słu­cho­wisk radio­wych, a w póź­niej­szym cza­sie także serialu tele­wi­zyj­nego (gene­ral­nie kli­maty moc­nego retro) i pró­buje nie­jako ją odświe­żyć, by w przy­stęp­nej for­mie podać współ­cze­snemu odbiorcy.

Fabuła nie należy raczej do wybit­nie ory­gi­nal­nych i wyko­rzy­stuje sporo sche­ma­tów, które już prze­wi­nęły się przez westerny (przy­naj­mniej te, które byłem w sta­nie obej­rzeć). Mamy więc dwóch braci, twar­dego sze­ryfa i praw­nika świeżo po stu­diach, któ­rzy mają trzy­mać w ryzach budu­jące się na total­nym zadu­piu mia­sto. Oczywiście bar­dzo szybko poja­wia się banda lokal­nych zbi­rów, mała drama, a następ­nie obo­wiąz­kowy motyw zemsty i sko­pa­nia tyłka złym ludziom. Dodać do tego należy jesz­cze wątek miło­sny (bez­na­dziejny, ale i tak lep­szy niż ten z ostat­nich „Piratów…”), kon­flikt z rdzen­nymi Amerykanami, no i obo­wiąz­kowo budowę kolei przez cały przy­szły HamburgerLand — jest tu dosłow­nie wszystko, co powinno się poja­wić w tego typu produkcji.

Spodobało mi się podej­ście do samej postaci Lone Rangera, bo zre­zy­gno­wano z poka­za­nia choj­raka, co to się go kule nie imają. Zamiast tego dosta­łem miej­scami nawet iry­tu­ją­cego, cia­po­wa­tego gościa, który za wszelką cenę stara się postę­po­wać zgod­nie z literą prawa, nawet gdy prze­czy temu zdrowy roz­są­dek (co za każ­dym razem pod­kre­śla swoją osobą jego kompanion-dzikus Tonto). Wraz z roz­wo­jem fabuły nasz boha­ter oczy­wi­ście ewo­lu­uje, ale nie jest to ani naj­cie­ka­wiej poka­zany wątek, ani tym bar­dziej ele­ment, który pozo­staje na dłu­żej w pamięci. Duży plus należy się Deppowi, który pomimo swo­jej maniery gry zna­nej od pierw­szej czę­ści „Piratów…” tutaj się spraw­dza i chyba nawet wolę lekko zwa­rio­wa­nego Indianina od wiecz­nie prze­chla­nego i prze­ry­so­wa­nego Jacka Sparrowa.

Wypada się na chwilę zatrzy­mać przy posta­ciach kobie­cych. Zawsze myśla­łem, że na stan­dar­dowo trza­ska­nym ofi­cjal­nym pla­ka­cie powinna być poka­zana wybranka serca głów­nego boha­tera, a nie jakaś inna dzioł­cha z filmu. Jeżeli jest ina­czej, to wiedz, że coś się dzieje i tak jest w tym przy­padku — Rebecca to postać mega słaba i iry­tu­jąca za każ­dym razem, gdy poja­wia się w kadrze i na swoje życze­nie prosi się o kulę w łeb. Bez więk­szego żalu wrzu­cam tę panią na szczyt listy naj­gor­szych fil­mo­wych boha­te­rek kina roz­ryw­ko­wego. Bonham Carter (któ­rej nadal nie tra­wię, ale tutaj pasuje i daje radę) mająca w całej fabule nie­mal sym­bo­liczny udział jed­nym pierd­nię­ciem zała­twia kole­żankę z planu. Nawet koń głów­nego boha­tera ma wię­cej cha­ry­zmy niż laska Lone Rangera.

Co zaś się tyczy reszty ekipy, to każdy odwala swoją mocno stan­dar­dową, łatwą do roz­po­zna­nia rolę i nie ma co tu liczyć na spe­cjalne sza­leń­stwa. Pomijając jed­nak sam warsz­tat aktor­ski, to warto zwró­cić szcze­gólną uwagę na cha­rak­te­ry­za­cję Głównego Złego, Butcha Cavendisha, a następ­nie spraw­dzić nazwi­sko aktora — ja gościa nie pozna­łem, tak był dobrze przebrany.

Wizualnie film zachwyca, ale w inny, daleki od prze­py­chu spo­sób znany z pirac­kiej serii. Już same zdję­cia suro­wej, dzi­kiej i bar­dzo mało przy­ja­znej pre­rii są po pro­stu feno­me­nalne i z poszcze­gól­nych kadrów czuć było, że to jest ten praw­dziwy Dziki Zachód — czło­wiek jest tu na razie jedy­nie gościem i dopiero sta­wia powolne, męczące kroki pod przy­szły dobro­byt. Całość jest uzu­peł­niona odpo­wied­nią, ale skromną sce­no­gra­fią i nie­mal nie­zau­wa­żal­nym uży­ciem CGI (poza fina­łem), co buduje suge­stywny, mocno sier­miężny kli­mat mło­dych Stanów — duże brawa dla ludzi, któ­rzy są za to odpowiedzialni. 

Film podobno zbiera głów­nie baty za mocno ska­czące tempo akcji i po czę­ści są to uza­sad­nione zarzuty. Nie udało mu się mnie porwać od pierw­szych minut i naprawdę długo się roz­wi­jał, co było zauwa­żalne, ale nie powo­do­wało naj­więk­szego fil­mo­wego grze­chu — nudy. Całość śledzi­łem z żywym zain­te­re­so­wa­niem, a im dalej w las, tym było dużo lepiej, ale trzeba nasta­wić się na to, że fabuła prze­ra­bia wszyst­kie ograne w kinie wester­no­wym sche­maty i ory­gi­nal­no­ścią to raczej nie zaska­kuje. Jest dobrze, cza­sami tylko popraw­nie, ale co waż­niej­sze film trzyma sen­sowny poziom, poni­żej któ­rego nigdy nie schodzi.

Bólodupcy (głów­nie zza oce­anu) cze­piają się też, że „The Lone Ranger” jest kinem przy­go­do­wym, a ma kilka poważ­nych i bru­tal­nych akcen­tów, które podobno nie powinny się poja­wić. Jeżeli nale­ży­cie do grona popraw­nych poli­tycz­nie cien­kich bol­ków, to pew­nie ucze­pi­cie się tego samego, ale wła­śnie pod tym wzglę­dem film zde­cy­do­wa­nie u mnie zaplu­so­wał, bo dobrze oddaje ducha tam­tej epoki i nie bawi się w prze­sadne ugrzecz­nia­nie tego jak pod­bi­jano Dziki Zachód. Miejscami jedzie nawet równo po ban­dzie i naprawdę świet­nie wyci­ska wszyst­kie moż­li­wo­ści z kate­go­rii PG-13.

Jednak nawet jeśli jakimś cudem film wzbu­dzał Wasze co naj­wy­żej umiar­ko­wane zain­te­re­so­wa­nie, to jest jeden ele­ment, który Wam to w pełni wyna­gro­dzi. Finałowe star­cie pomię­dzy dobrymi, a złymi jest poka­zane prze­ge­nial­nie i cała sala wybi­jała obca­sami rytm uwer­tury do „Wilhelma Tella”, a co nie­które jed­nostki nawet wychy­lały się z fotela przy co bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cych frag­men­tach. Od dzi­siaj ten motyw muzyczny będzie mi się koja­rzył jedy­nie z „The Lone Ranger” i idę o zakład, że jest to jedno z lep­szych (jeśli nie naj­lep­sze) wyko­rzy­sta­nie go w kine­ma­to­gra­fii. Finał zbiera do kupy wszyst­kie wester­nowe potyczki i nie pozo­sta­wił mi innego wyj­ścia jak po pro­stu cie­szyć jak niczym mały chło­piec bawiący się w kow­boja (chwila, prze­cież ja nie cier­pię westernów).

„The Lone Ranger” ma chyba pro­blem podobny do „Oz: The Great and Powerful” — obie pro­duk­cje są naprawdę ładnymi laur­kami dla epoki pew­nych kla­sycz­nych fil­mów i pro­ściej (nie pro­stacko!) przed­sta­wio­nych boha­te­rów. Postaci, które są budo­wane dość arche­ty­powo oraz bez prze­sad­nego zagłę­bia­nia się w skom­pli­ko­waną psy­cho­lo­gię i pro­blemy egzy­sten­cjalne, ale jed­no­cze­śnie prze­ko­nu­ją­cych i sym­pa­tycz­nych dla odbiorcy. O ile jed­nak w Ozie mocno czu­łem, że oglą­dam film żywcem prze­nie­siony z zamierz­chłych cza­sów kina i jedy­nie przy­pu­dro­wany nową otoczką, tak „The Lone Ranger” umie­jęt­nie tuszuje swój nieco obcia­chowy jak na dzi­siej­sze stan­dardy rodo­wód i dostar­cza zarówno dobrej roz­rywki, jak i solid­nego, sta­rosz­kol­nego kina westernowego.

Badus

*Gdy jesz­cze oglą­da­łem zwia­stuny filmów

Przelał na ekran monitora:

Lubię ciastka. I fajne dziewczyny z cosplay'ów.