The Wolverine”

wolverine

Jest dobrze, ale bez szału.

Filmowa inkar­na­cja Rosomaka to chyba naj­bar­dziej udane prze­nie­sie­nie ducha postaci z kart komiksu na srebrny ekran — Jackman pasuje zarówno „z gęby”, jak i z gadki czy też ogól­nie poję­tej mowy ciała (a wła­ści­wie to szpo­nów), by ser­wo­wać pią­cho­pi­ryny jak papie­rowy pier­wo­wzór. Morze świet­nych histo­rii i dobry aktor aż się dopra­szały o poświę­ce­nie naj­sku­tecz­niej­szemu zabi­jace Marvela solo­wego filmu. Tym więk­sza szkoda, że „X-Men Origins: Wolverine” oka­zał się ślepą uliczką, przez którą fani naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nego mutanta sami dosta­wali bitew­nego szału (cho­ciaż mi, jako akcyj­niak do piwa i pre­cel­ków, cał­kiem się podoba). Czy dru­gie podej­ście oka­zało się bar­dziej udane?

Scenarzyści posta­no­wili się­gnąć po japoń­ski epi­zod tułaczki Logana po świe­cie i odpo­wied­nio go wpa­so­wać do fil­mo­wego uni­wer­sum mutan­tów tak, by wszystko było w miarę spójne. Akcja roz­grywa się jakiś czas po finale try­lo­gii Singera, gdy tar­gany moral­nym kacem boha­ter szlaja się bez celu po gór­skich lasach i zażywa snu „pod chmurką”. Jednak dość szybko gwał­towny splot wyda­rzeń, z kon­flik­tem z lokal­nymi mia­stecz­ko­wymi ćwokami na czele, spro­wa­dza naszego sty­ra­nego życiem mutanta do Japonii — kra­iny samu­ra­jów, sake i uczen­nic w przy­krót­kich spód­nicz­kach. By za wiele nie zdra­dzać z fabuły, to dodam jedy­nie, że za całą sprawą stoi dawny zna­jomy z cza­sów, gdy Wolverine z uśmie­chem na ustach zapew­niał każ­demu prze­ciw­ni­kowi dar­mową wentylację…szponami przez klatę.

Pierwsza rzecz, która naj­bar­dziej zasko­czyła mnie w trak­cie począt­ko­wych kil­ku­na­stu minut, to dia­me­tralna zmiana kli­matu. Nawet pomimo co bar­dziej gwał­tow­niej­szych ele­men­tów mor­do­kle­pa­nych daje się wyczuć o wiele bar­dziej sto­no­waną i spo­koj­niej­szą nar­ra­cję, któ­rej na próżno szu­kać w kinie super­bo­ha­ter­skim. Cały czas z tyłu głowy sie­działo mi to silne sko­ja­rze­nie z bon­do­wym „Skyfall”, jed­nak wła­śnie tylko ze względu na zmie­nioną formę i poło­że­nie więk­szego naci­sku na wątki oby­cza­jowe. Oczywiście bez jakiejś wiel­kiej prze­sady — to film o nie­znisz­czal­nym mutan­cie ze szpo­nami, który nadal jest akcyjniakiem.

No wła­śnie, ta nie­szczę­sna akcja…Podobało mi się jej pro­wa­dze­nie i mon­taż (nawet mimo zbęd­nego star­cia w pociągu) mniej wię­cej do nieco ponad połowy filmu. Nie wiem na ile był to celowy zabieg, a na ile mogły się za tym kryć ogra­ni­cze­nia budże­towe, ale Logan bie­ga­jący po Tokio i bijący się z Yakuzą bar­dzo dobrze pre­zen­to­wał się jako taki tra­dy­cyjny film sen­sa­cyjny, bez fajer­wer­ków, pier­dy­liarda wybu­chów i zosta­wia­nia za sobą pożogi rów­nie wiel­kiej, jak ta w Nagasaki. 

Dużo gorzej wypa­dły już sceny z półki „super­hero movies”, bo…praktycznie ich nie ma! Pod tym wzglę­dem film jest bar­dzo kame­ralny i w zasa­dzie jedy­nie finał histo­rii można śmiało zali­czyć na poczet epic­kiej komik­so­wej napa­rzanki — a i tak jest mniej roz­bu­chany niż ten z pierw­szych ekra­no­wych, solo­wych przy­gód Rosomaka. Nie uznaję tego za zarzut, bo cie­ka­wie było dla odmiany obej­rzeć film, który nie epa­tuje prze­sad­nym CGI efek­ciar­stwem (no, może poza jedną posta­cią) i kon­se­kwent­nie trzyma się swo­ich ram. Fani „Iron Mana” i „Man of Steel” nic tu dla sie­bie nie znajdą.

Same postaci nie zaska­kują. Poza cha­rak­te­ry­stycz­nym Rosomakiem cała reszta ekra­no­wej zgrai dostaje tylko tyle czasu, ile naprawdę potrze­buje. Nie było tu żadnej cie­ka­wej oso­bo­wo­ści, która mogłaby cho­ciaż na dłuż­szą chwilę przy­kuć moją uwagę swoją histo­rią, nie wspo­mi­na­jąc już o jakiejś sen­sow­nej prze­ciw­wa­dze dla Logana. Ot, po pro­stu są i każda ma do ode­gra­nia swoją rolę w histo­rii — nic ponad to.

Fabuła też nie należy do prze­sad­nie roz­bu­do­wa­nych, ale przy­znaję, że popro­wa­dzono ją w taki spo­sób, że nie­cier­pli­wie cze­ka­łem na dal­szy roz­wój Wielkiej Intrygi (nawet pomimo tego, że nie jest ona prze­sad­nie skom­pli­ko­wana do roz­szy­fro­wa­nia). Prostota i abso­lutne ole­wa­nie wąt­ków pobocz­nych nie pomo­gły ustrzec się przed kil­koma głu­pot­kami fabu­lar­nymi lub nie­ści­sło­ściami mon­ta­żo­wymi powo­du­ją­cych zapa­le­nie się lampki bul­l­shit alert w trak­cie seansu. Na całe szczę­ście daleko temu do Genezy, gdzie lampka ta napie­przała non stop. Duża szkoda, że nie zde­cy­do­wano się na więk­sze pogłę­bie­nie histo­rii, doda­niu może kilku lini­jek tek­stu bądź prze­mon­to­wa­nia nie­któ­rych scen, bo film aż się prosi, by dodać mu fabu­lar­nej obfitości.

Po „The Wolverine” wysze­dłem z kina zado­wo­lony, ale nie wiem na ile było to zasługą samego filmu, a na ile tego, że spo­dzie­wa­łem się total­nego celu­lo­ido­wego gówna. Sama pro­duk­cja oka­zała się przy­zwo­itą mie­szanką oby­cza­jówki zakra­pia­nej lekką nutą kina sen­sa­cyj­nego prze­łomu lat 80/90, ale w żadnym razie nie jest to film, który może sta­wać w szranki z super­bo­ha­ter­skimi block­bu­ste­rami. Do kina może­cie iść w ciemno tylko jeśli jeste­ście fanami postaci lub macie mocne posta­no­wie­nie, że każdy film o rodo­wo­dzie komik­so­wym chce­cie zali­czyć na dużym ekra­nie. W innym wypadku może­cie go sobie spo­koj­nie odpu­ścić, aż pojawi się w TV.

Badus

Ps. Scenka po napi­sach ocieka nostal­gicz­nym kultem. 

Przelał na ekran monitora:

Lubię ciastka. I fajne dziewczyny z cosplay'ów.